poniedziałek, 19 grudnia 2016

Rodzinny kalendarz adwentowy

Woreczki z adwentowymi zadaniami rodzinnymi okazały się furrorą!
Pod koniec listopada zrobiliśmy rodzinny kalendarz adwentowy. Nic wielkiego… Choinka z wieszaków ubraniowych i kolorowych łańcuchów, a na niej zamiast bombek – woreczki, w których ukryły się drobne upominki dla dziecięcia i/lub zadania na każdy grudniowy dzień. Nie będzie to jednak kolejny post z gatunku DIY, czyli jak zrobić kalendarz adwentowy krok po kroku. Internety są pełne świetnych instrukcji i inspiracji, więc po co powtarzać… Podzielę się za to z Wami moimi przemyśleniami „kalendarzowymi”. Pewne rzeczy uświadomiłam sobie kilka dni temu, zdejmując z Dziubdziubem kolejny woreczek (dzieć się fantastycznie wciągnął w zabawę i codziennie rano z zaciekawieniem sprawdza, jakie zadanie czeka nas na dziś).

Właściwie jest to mój pierwszy w życiu kalendarz adwentowy… Tak, tak… Mając dzieści lat, pierwszy raz doświadczam tego typu zabawy. Oczywiście, jako dziecko dostawałam czasem gotowe kalendarze z czekoladkami, ale… cóż… niech się przyzna ten, kto zjadał tylko jedną czekoladkę dziennie! Ja do takich nie należałam… Zamysłem tegorocznego kalendarza było świadome, wspólne spędzanie czasu w rodzinie. I okazało się, że jest to doskonały pomysł. Codziennie robimy „coś” razem: a to ozdoby choinkowe z filcu, a to szopka bożonarodzeniowa z rolek po papierze toaletowym (recykling pełną gębą), a to wspólny wypad do kina czy na jarmark świąteczny. Nie są to jakieś spektakularne wyczyny, ale sprawiają, że choć przez chwilę w ciągu dnia jesteśmy we trójkę, zajęci sobą nawzajem (i zadaniem), a nie swoimi, jakże ważnymi sprawami. I wiecie co? Wszystkim nam to sprawia ogromną przyjemność. Nie zmuszamy się do niczego, bo przecież nie mamy obowiązku zrobić zadania z woreczka, jeśli akurat nie mamy na niego ochoty… Po prostu chcemy… I dlatego mamy z tego taką frajdę. To czas zatrzymania i wytchnienia dla całej naszej trójki. Czas bycia razem.

Odkryłam, że kalendarz wpłynął też na mnie osobiście. Pozwolił mi zatrzymać się w codziennym zabieganiu i być w danej chwili, tu i teraz. Pierwszy raz od wielu lat, nie odłożyłam zakupu prezentów na ostatni przedświąteczny tydzień, bo widząc ubywające z choinki woreczki, mam świadomość ile dni zostało jeszcze do świąt. I nie budzę się (jak bywało lata wcześniej) „z ręką w nocniku” i lampką w głowie, że przecież święta za pięć dni, a ja jeszcze nic nie przygotowałam. Wszystko idzie znacznie spokojniej i jakoś tak po kolei (no może poza świątecznymi porządkami – do tego przydałby mi się osobny kalendarz… O! To jest myśl na przyszły rok!). Jestem bardziej świadoma upływającego czasu, ale… ten czas nie goni w zawrotnym tempie. Płynie tak, jak powinien. W rzeczywistości tak, jak zwykle… Z tym, że wcześniej byłam zbyt zagoniona, zawalona tysiącem myśli i spraw, żeby widzieć, że czas przecieka mi przez palce. Te chwile codziennego zatrzymania przy kalendarzu adwentowym, dały mi też zatrzymanie we wszystkim innym i dzięki temu nie odnoszę wrażenia, że czas pędzi, jak na karuzeli. A to z kolei przynosi wewnętrzny spokój i radość… Jestem bardziej TU i TERAZ, czyli tam gdzie… aktualnie rzeczywiście jestem…

Może moimi spostrzeżeniami nie przybliżyłam się (ani Was) do nagrody Nobla. Mam jednak nadzieję, że moje przemyślenia pozwolą Wam też zatrzymać się na chwilę w tym przedświątecznym zabieganiu i poczuć, że istnieje tylko ta chwila, w której jestem i warto na nią zwrócić uwagę… 


Zatem, na ten przedświąteczny tydzień, życzę Wam UWAŻNOŚCI!

sobota, 3 grudnia 2016

IV Konferencja Bliskości - moje przeżycia

Tamten weekend był niezwykle intensywny i naładowany porządną dawką pozytywnej energii i solidnej wiedzy. W sobotę 26 listopada, wstałam bladym świtem (a właściwie jeszcze grubo przed świtem, bo o 3 rano jesienią o słońcu można tylko pomarzyć) i ruszyłam do Warszawy na IV Konferencję Bliskości organizowaną przez wydawnictwo Mamania. Powiecie, że wariatka! Za własne pieniądze, w dzień wolny od pracy, tak się męczyć, zamiast pobyczyć się do godziny 10:00 w łóżku (o ile jest to w ogóle możliwe, mając w domu aktywną 3,5-latkę)! Ale wierzcie mi, że było warto!

Te dwa dni spędzone w towarzystwie osób, które żyją i budują relacje w duchu empatii i rodzicielstwa bliskości, naładowało moje prawie puste bateryjki rodzicielskie do poziomu 100%. To był czas dla mnie, dla moich emocji i wiedzy, a dzięki temu też dla mojej rodzinki (choć ich ze mną nie było), bo właściwie oni też skorzystają na tym skorzystają. Wszak zadowolona żona i mama, to zadowolony mąż i dzieci...

Co zatem wydarzyło się w ciągu tego weekendu, że czuję się teraz pełna energii i entuzjastycznie nastawiona do życia, własnego męża  i dziecka oraz do siebie? Nie bójcie się, nie zanudzę Was suchym sprawozdaniem z konferencji. Bardziej zależy mi na tym, żeby podzielić się z Wami moimi przeżyciami i tym, co "zabrałam" ze sobą (oprócz stosu książek, na które zostałam "bezczelnie" namówiona). Zatem nie będzie o wszystkim, lecz tylko o tym, co najbardziej zapadło mi w pamięć i serce.

Na początek konferencji był panel ojcowski... Brzmi dziwnie? Być może... szczególnie dla tych, dla których męskość mężczyzny wciąż jeszcze mierzy się brakiem (a raczej ukrywaniem) emocji i przez to brakiem zaangażowania w życie rodziny. Jednak de facto nie ma w tym nic dziwnego, że trzech panów (Kamil Nowak z Blogojciec.pl, Tomek Sadzewicz - trener Family Lab oraz Marcin Perfuński z supertata.tv) publicznie dyskutowało o sobie i swoich doświadczeniach, wewnętrznych przeżyciach i emocjach związanych z byciem tatą. Budujące jest to, że coraz więcej ojców stara się aktywnie brać udział w życiu swoich dzieci i być dla nich nie tylko wyssanym z palca autorytetem, ale przede wszystkim wsparciem. Tatusiowie stają się dla swoich dzieci suberbohaterami na równi z tymi komiksowymi i to niezmiernie cieszy. Najważniejsze, co utkwiło mi w pamięci po tym panelu to:
Rodzicielstwo to rozwój osobisty.
Zastanów się czy to, co robisz, wspiera Twoją relację z dzieckiem.

Tatusiowe wynurzenia (od lewej Marcin Perfuński, Tomasz Sadzewicz i Kamil Nowak)
Trudny (szczególnie dla mnie) temat zarządzania złością podjęła Monika Szczepanik (Świat żyrafy). Nie oszukujmy się - rozbieżność między tym jak rzeczywiście się złoszczę a tym jak bym chciała się złościć, to wciąż ogromna przepaść. Myślę, że nie jestem w tym osamotniona. Wciąż nie umiem odkryć jakie niezaspokojone potrzeby stoją za wybuchami złości. Nie wiem czego chcę, ale doskonale wiem czego nie chcę! Warto pracować nad tym, by w końcu dowiedzieć się czego chcę i jasno to artykułować. Tak na marginesie - Monika była jedną z laureatek tegorocznego Lauru Bliskości.

Monika Szczepanik uczy jak zarządzać złością w porozumieniu bez przemocy.
Laureatki i jurorki Lauru Rodzicielstwa Bliskości 2016
Na koniec pierwszego dnia konferencji był wykład gościa specjalnego, dr Evelin Kirkilionis: Dobre czy złe dzieciństwo? Decydująca rola więzi. Takiej dawki solidnej wiedzy neurobiologicznej już dawno nie miałam. Jestem naukowcem, więc naukowe podstawy rozwoju mózgu i więzi u dziecka są dla mnie jak miód na uszy. Nie zasypując Was szczegółami o hipokampie, epigenetyce, oksytocynie i plastyczności neuronalnej, cały wykład streszczę w jednym zdaniu: inteligencja kształtuje się do drugiego roku życia, a do tego kształtowania niezbędna jest więź.

Chwila naukowej dyskusji z Evelin Kirkilionis...
Drugi dzień konferencji zaczął się dwoma fantastycznymi wykładami. Basia Baranowska bardzo emocjonalnie powiedziała o długim karmieniu piersią. Statystyki, które uzyskała w swoich badaniach naukowych są tak zatrważające, że aby dać upust swoim emocjom z tym związanym, chyba napiszę o tym osobny post. Wykład Justyny Dąbrowskiej dotyczył depresji okołoporodowej. To wciąż temat tabu i niestety niewiele kobiet zgłasza się ze swoim problemem do specjalisty.

dr Basia Baranowska o długim karmieniu piersią
Z rozmowy Agnieszki Stein i Gosi Stańczyk jak zwykle "wyniosłam" mnóstwo wartości i trudno jest mi zebrać je wszystkie w skrócie. Zostawię Was zatem z dwoma zdaniami, które mi mocno zapadły w pamięć:
Gdy zatroszczysz się o siebie, masz przestrzeń, żeby troszczyć się o innych.
Jako nauczyciel, daj uczniowi przestrzeń do rozwoju, a nie gotowe rozwiązania. 

Na koniec Eline Snel z Holandii przedstawiła swój autorski program mindfulness dla dzieci - uważność żabki. Ćwiczenia medytacyjne jak zwykle (jak zwykle, bo dość często zdarza mi się medytować) dały mi wytchnienie i pozwoliły skupić się na swoich odczuciach i emocjach.
You cannot resist the waves, but you can learn to surf. - to najważniejsze dla przesłanie tego uważnościowego wykładu.

Eline Snel tuż przed wykładem...
Oczywiście był też czas na rozmowy kuluarowe, które wniosły w moje życie mnóstwo wartościowych znajomości i przeżyć. Ale o tym już głośno mówić nie będę.

Dziękuję organizatorom za dwa dni ładowania akumulatorów i do zobaczenia w przyszłym roku!


Ps. Wybaczcie jakość zdjęć. Wszystkie są robione telefonem komórkowym. Po prostu, ważniejsze było dla mnie czerpanie z treści wykładów, niż uwiecznianie ich na zdjęciach, więc przezornie aparat pozostał spokojnie w szufladzie w domu :)

poniedziałek, 24 października 2016

Na początku był chaos...



Nie ukrywam (bo i ciężko byłoby to ukryć przed okiem innych), że mój dom od dłuższego czasu tonie w chaosie. Rzeczy same wychodzą na środek salonu, tam się zadomawiają i zostają, póki nie najdzie mnie nagła ochota/potrzeba na sprzątanie. Wtedy wszystko przenoszę, układam, upycham w różnych miejscach, niewidocznych dla oczu. Przy okazji wściekam się niemiłosiernie, bo gdzie nie zajrzę, trzeba posprzątać. Ale akcja się od czasu do czasu odbywa… I nastaje porządek… na chwilę… Bo chaos pozostaje… Wystarczy otworzyć pierwszą z brzegu szufladę, szafkę lub schowek (do którego, nomen omen, trafia niemal wszystko, co jest aktualnie nie używane), aby się o tym przekonać. Są dni, że trafia mnie ciężki szlag z tego powodu. Tym bardziej, że w bardzo krótkim czasie chaos próbuje się uwolnić z wszelkich zakamarków i znów wypełza na środek salonu.

Kanapowy chaos...
Skąd się bierze chaos?
Są dwie przyczyny takiego stanu (obie równie ważne): nadmiar rzeczy w domu i… co niektórym mogłoby się wydawać nieco dziwne, chaos we własnym wnętrzu… Zajmijmy się najpierw tą pierwszą przyczyną, która jest chyba nieco łatwiejsza do zlikwidowania. Człowiek od zarania dziejów ma naturę zbieracza. Zanim nauczył się polować na zwierzynę, żeby nie umrzeć z głodu, był zmuszony zbierać jedzenie w lasach, na łąkach i wszędzie tam, gdzie aktualnie żył. A i później, gdy potrafił już zrobić włócznię, niezbędną do zdobycia obiadu, zbierał chociażby drewno na ognisko. Również wtedy, gdy osiadł na roli i zaczął już uprawiać ziemię, zbierał plony swoich działań. Czyli generalnie można stwierdzić, że życie ludzi opierało się na zbieraniu. Opierało się i… no cóż, wciąż się opiera… Wystarczy spojrzeć na to, ile mamy rzeczy, których nie używamy, nie potrzebujemy, które trzymamy z sentymentu, bo szkoda wyrzucić, bo jeszcze może się przyda, bo…, bo…, bo… Zbieramy, gromadzimy, chomikujemy, składujemy... Ciężko jest walczyć z naturą... Dokładnie tak to wygląda w moim domu. Mam mnóstwo zbędnych rzeczy, które tylko go zagracają, a których szkoda mi wyrzucić, bo są dla mnie jakąś pamiątką lub prezentem od kogoś. Wszak ponoć prezentów się nie wyrzuca. I przez lata gromadzą się te rzeczy, poupychane w zakamarkach i coraz częściej wychodzą na środek salonu.

Chaos we wnętrzu…
Cóż, nie da się oddzielić domowego chaosu, od tego, który jest w sercu i głowie gospodyni. Jeśli w życiu pozostaje coś nieuporządkowane (czy to z dalszej czy z bliższej przeszłości), to wychodzi na zewnątrz. Najczęściej w postaci domowego nieporządku. No dobra, są osoby, które mając ogromny bałagan w sobie, kamuflują go pedantycznym porządkiem w swoim otoczeniu. Ale przyznajmy szczerze - ile jest takich osób? Tak czy inaczej, nieporządek wewnętrzny, zawsze, ale to zawsze się jakoś uzewnętrznia (pal sześć jeśli tylko w postaci domowego bajzlu, gorzej, gdy w postaci jakichś poważnych chorób...). Poza tym, jeżeli brakuje poczucia własnej wartości i pewności siebie, czymś ten brak trzeba wypełnić. Życie nie znosi pustki! Zatem zazwyczaj to, czego nam brakuje wypełniamy przedmiotami, które piętrzą się i nawarstwiają, jak nieprzepracowane problemy. I nie ma znaczenia czy te przedmioty są w chaosie czy pedantycznie ułożone pod linijkę. W większości są tylko wypełnieniem pustki, jaka tkwi w sercu.

Jak sobie poradzić z chaosem?
Przede wszystkim trzeba zdać sobie sprawę z tego, że chaos nie pojawia się znikąd. Szczególnie ten chaos, który siedzi utkwiony gdzieś głęboko w nas. A skoro jest "skądś", to trzeba to "skądś" znaleźć. Najczęściej znaleźć w sobie. Nie jest to proste i zazwyczaj oznacza długą i ciężką pracę (a nawet walkę) nad sobą i o siebie. Niejednokrotnie musi się oprzeć o pomoc specjalisty. Radzenie sobie z nieporządkiem zewnętrznym jest równie trudne, jak rozwiązywanie swoich wewnętrznych problemów. Przede wszystkim dlatego, że oba chaosy zazwyczaj są ze sobą bardzo związane. Poza tym, takie codzienne sprzątanie w domu zazwyczaj opiera się na ogarnięciu tego, co jest na wierzchu i pochowaniu rzeczy, które nie powinny leżeć na widoku. Ale to de facto nie powoduje, że nieporządek znika. On tylko zmienia swoje miejsce. Co zatem zrobić, by było łatwiej sprzątać i żeby nie mieć wrażenia, że „sprzątam i sprzątam, a i tak non stop jest bałagan”? Gdy chcesz się pozbyć chaosu w domu, zacznij po prostu pozbywać się zbędnych przedmiotów. Oczywiście nie wszystkich od razu, bo możesz doznać szoku, a panowie odbierający śmieci będą mieć problem z opróżnieniem kosza. Najlepiej zrobić to małymi kroczkami, np. jedno pomieszczenie lub wręcz jedna szafka dziennie. Przejrzyj rzeczy, które są w tej szafce i zadaj sobie pytania dotyczące każdej z nich: kiedy ostatnio tego użyłam? czy rzeczywiście tego potrzebuję? czy chcę to mieć i dlaczego? Jeśli odpowiedzi świadczą o tym, że jest to rzecz w stylu „bo może się jeszcze przyda” albo „bo dostałam od koleżanki z podstawówki”, a tak naprawdę zagracająca Twój dom, to ją wyrzuć lub oddaj osobie, której się rzeczywiście przyda tu i teraz. Takie powolne, stopniowe ogarnianie chaosu w domu, jest doskonałym wstępem do uporządkowania własnego wnętrza. Tak twierdzą psychologowie. I przyznam, że jestem im nawet skłonna uwierzyć.

Ogarniam chaos!
Zatem czas się wziąć za ogarnianie chaosu! Najpierw w domu… Stawiam sobie zatem wyzwanie: co najmniej dwa dni w tygodniu, po 15-30 minut, do Świąt Bożego Narodzenia, poświęcę na likwidację chaosu w moim domu… Kto wie, może dzięki temu, uda mi się uporządkować też swoją głowę i serce… A jeśli nie, to chociaż będę miała porządnie wysprzątany dom na święta!

Czy ktoś ma chęć przyłączyć się do wyzwania? Dajcie znać… Za jakiś czas będziemy mogli wspólnie zweryfikować nasze postępy, sprawdzić jak sobie radzimy z chaosem i wspierać się w dalszym działaniu…

poniedziałek, 17 października 2016

Warmińsko-Mazurskie Spotkanie Blogerów


Ostatni weekend września był bardzo pracowity. I nie dlatego, że musiałam go spędzić nad swoimi probówkami w laboratorium lub na pisaniu kolejnej publikacji. Nic z tych rzeczy… Tym razem „ciężka” praca była połączona ze świetnym spotkaniem. To była już szósta (a dla mnie druga) edycja Warmińsko-Mazurskich Spotkań Blogerów, zorganizowana przez Roksanę z Dzwoneczkowa (Roksana, brawo Ty, za dobrą organizację!). Muszę przyznać, że było to bardzo wyjątkowe spotkanie, bo pierwsze na jakim byłam, które trwało aż dwa dni!

Warmińsko-Mazurskie Spotkanie Blogerów - czas start!
Czy było warto poświęcić cały weekend na „zwykłe” blogerskie spotkanie? W moim odczuciu TAK i to bardzo… Z resztą to chyba nie tylko moje zdanie, bo zjawiły się dziewczyny z dość odległych miejsc Polski. Sobota rozpoczęła się rano wspólną kawką i pogaduszkami, a później było już tylko lepiej.

Na początek Sylwia z Jej cały świat opowiedziała nam o „altach”, „tagowaniu”, „pozycjonowaniu” i innych niezmiernie ważnych (choć dla mnie wciąż niezrozumiałych) rzeczach – chyba muszę się podszkolić w social media… Później Ania z Okiem mamy za ogromnym zapałem próbowała wyjaśnić nam jak powinno się robić zdjęcia na Instagram (ups… i znowu zonk dla mnie… brak konta na Instagramie…). Mimo, że cała prezentacja dotyczyła wykorzystania smartfona w fotografii, dowiedziałam się sporo ciekawostek fotografii w ogóle, więc mogę wykorzystać tą wiedzę w mojej zabawie z aparatem. Później Agnieszka z naszej lokalnej Fundacji Przyszłość dla dzieci przedstawiła jej założenia i cele – fundacja obejmuje opieką 300 dzieci z województwa warmińsko-mazurskiego i zbiera fundusze m.in. na ich rehabilitację. My również, oczywiście „wespół w zespół” ze sponsorami, miałyśmy okazję wesprzeć działalność fundacji i po burzliwej i emocjonującej licytacji, zebrałyśmy 2300 zł! A było nas tylko 20 kobiet! To chyba dobry wynik… Na zakończenie dnia Pani Aneta z Golden Rose opowiedziała co zrobić, żeby makijaż nie wyglądał jak maska. Przy mojej znacznej ignorancji w tym temacie, sporo się nauczyłam. Pierwszy dzień spotkania podobno zakończył się dość późno gdzieś w mieście. Ja, stęskniona za rodzinką, wróciłam grzecznie do domu…

Sylwia z Jej cały świat
Ania z Okiem Mamy
Agnieszka z Fundacji Przyszłość dla Dzieci
Licytację czas zacząć...
Wylicytuję czy nie wylicytuję...
A jednak wylicytowałam...
Golden Rose
Drugi dzień minął głównie pod znakiem warsztatów fotograficznych prowadzonych przez Anię. To było coś dla mnie, choć zamiast smartfona, używałam zwykłej lustrzanki. Nauczyłam się paru rzeczy o kompozycji i fotografii produktowej. Teraz przede mną już tylko praktyka… Dziękuję Ci, Aniu za bardzo inspirujący warsztat. Po intensywnej „nauce”, zostałyśmy uraczone słodką garścią wiedzy o miodach (Miody Wileńskich) i „zapachnione” aromatami ze świec Party Lite. Na koniec był oczywiście pyszny tort…

Praca wre...
Trzeba się trochę nagimnastykować, żeby kompozycja była ładna.
Sweter też może być doskonałym tłem do zdjęcia.
Znak czasów - smartfony zamiast aparatów fotograficznych...
Roksana - organizatorka przy pracy...
Czasem wystarczy prostota.
Sesja w plenerze.

Paparazzi...
Wykonanie zdjęcia - Sylwia.
Miody Wileńskich
Party Lite
Był pyszny...


Dziękuję Wam dziewczyny za weekend pełen babskich rozmów, radości i nowości. Do zobaczenia niedługo, na kolejnym spotkaniu… mam nadzieję…

I ja tam byłam, miód jadłam, kawę piłam i zdjęcia robiłam…


piątek, 14 października 2016

Kim jest dobry nauczyciel?

Dziś Dzień Nauczyciela, a dokładniej Dzień Edukacji Narodowej, zatem warto wspomnieć o tym kim jest dobry nauczyciel. O samej edukacji w naszym kraju nie będę teraz nawet wspominała, bo to dla mnie temat dość drażliwy, ale zapewne i o tym tutaj kiedyś poczytacie... Natomiast pytanie zadane w tytule jest o tyle trudne, że dla każdego określenie dobry nauczyciel będzie znaczyło coś innego. Niemniej, jest kilka spraw, które obligatoryjnie kreują dobrego nauczyciela.

W swoim życiu spotkałam się (i nadal się spotykam) z wieloma różnymi nauczycielami: w szkołach, w których się uczyłam, na studiach, w pracy, na różnych warsztatach i szkoleniach i muszę z całą stanowczością stwierdzić, że bycie nauczycielem jest niezmiernie trudne. Podkreślam słowo bycie... Bo według mnie tak naprawdę nauczycieli można podzielić na dwie grupy: tych, którzy SĄ Nauczycielami (przez wielkie N) i tych, którzy pracują jako nauczyciele.

Jak odróżnić jednych od drugich? Ci, którzy są Nauczycielami, potrafią prowadzić swoich uczniów albo bardziej, wskazywać właściwą drogę, wzbudzać w nich pasję i zaangażowanie, dając im jednocześnie poczucie bezpieczeństwa. Nauczanie kogoś to proces twórczy, którego muszą chcieć obie strony. Nie da się nikogo nauczyć czegoś, czego on nie chce... Ale z drugiej strony, bez rozbudzenia ciekawości otaczającego świata i samego siebie, uczniom nie będzie chciało się chcieć. Człowiek jest z natury leniwy (są to uwarunkowania ewolucyjne, bo po co tracić cenną energię na coś, co nie przyniesie wymiernych korzyści), więc jeśli czegoś nie musi, to nie zrobi. I nie mówię tu o przymusie uczenia się... Wiadomo, że w Polsce jest obowiązek edukacyjny, więc dziecko "musi" chodzić do szkoły, ale... nikt go już nie może zmusić, żeby się nauczyło. Musi samo tego chcieć, czyli... musi mieć taki swój, wewnętrzny "przymus", a raczej potrzebę nauczenia się. Tak samo jest z dorosłymi - uczymy się tylko wtedy, gdy czujemy taką potrzebę. I właśnie w tym obszarze działają Nauczyciele. Rozbudzają w uczniach potrzebę zgłębiania wiedzy, a proces uczenia się pokazują jako ciekawą przygodę, która będzie procentować w przyszłości. Wtedy stawianie wygórowanych wymagań, przygotowywanie najtrudniejszych testów ewaluacyjnych i surowe ocenianie nie jest w ogóle potrzebne. Uczeń nauczy się, bo tego chce i nie będzie miała znaczenia ocena wystawiona w dzienniku albo będzie tylko dodatkowym bonusem to tego, co osiągnął dzięki nauce.

Niestety wielu nauczycieli, tylko pracuje, jako nauczyciele. Wymagają od uczniów wiedzy, której od nich ktoś kiedyś też wymagał, realizują program i oceniają, nie wkładając w swoją pracę ani odrobiny pasji. Wychodzą założenia, że uczeń musi znać daną partię materiału, a co z nią zrobi po sprawdzianie, nie ma dla nich znaczenia. Uczeń ma się przygotować do zdania testu, sprawdzianu, klasówki, kolokwium czy egzaminu i ma go zdać jak najlepiej (bo po tym ocenia się nauczyciela), a nauczyciel jest od tego, żeby ocenić poziom tego przygotowania. I tyle... Jakież to krótkowzroczne... Przecież zarówno Nauczyciel, jak i nauczyciel są oceniani jednakowo. A wierzcie mi, że działania Nauczyciela są znacznie bardziej skuteczne. Poza tym, czy działanie nauczyciela rzeczywiście jest etyczne? Na to pytanie w tej chwili nawet nie będę próbowała odpowiadać...

Podsumowując, bycie Nauczycielem jest niezwykle trudnym zadaniem, wymagającym chęci, pasji, zaangażowania i rzeczywistej miłości do swoich uczniów. Bo żeby wzniecić ogień, trzeba go mieć w sobie...

Wszystkiego najlepszego z okazji Dnia Nauczyciela.


W Dniu Nauczyciela, życzę wszystkim nauczającym kogokolwiek i czegokolwiek (również sobie), abyśmy byli Nauczycielami przez wielkie N. Abyśmy rozpalali zamiast gasić, kształtowali zamiast oceniać, zachęcali zamiast wymagać... A w samych wymaganiach kierowali się najpierw słowami Św. Jana Pawła II:

Musicie od siebie wymagać nawet gdyby inni od Was nie wymagali.