Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pasje. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pasje. Pokaż wszystkie posty

sobota, 3 grudnia 2016

IV Konferencja Bliskości - moje przeżycia

Tamten weekend był niezwykle intensywny i naładowany porządną dawką pozytywnej energii i solidnej wiedzy. W sobotę 26 listopada, wstałam bladym świtem (a właściwie jeszcze grubo przed świtem, bo o 3 rano jesienią o słońcu można tylko pomarzyć) i ruszyłam do Warszawy na IV Konferencję Bliskości organizowaną przez wydawnictwo Mamania. Powiecie, że wariatka! Za własne pieniądze, w dzień wolny od pracy, tak się męczyć, zamiast pobyczyć się do godziny 10:00 w łóżku (o ile jest to w ogóle możliwe, mając w domu aktywną 3,5-latkę)! Ale wierzcie mi, że było warto!

Te dwa dni spędzone w towarzystwie osób, które żyją i budują relacje w duchu empatii i rodzicielstwa bliskości, naładowało moje prawie puste bateryjki rodzicielskie do poziomu 100%. To był czas dla mnie, dla moich emocji i wiedzy, a dzięki temu też dla mojej rodzinki (choć ich ze mną nie było), bo właściwie oni też skorzystają na tym skorzystają. Wszak zadowolona żona i mama, to zadowolony mąż i dzieci...

Co zatem wydarzyło się w ciągu tego weekendu, że czuję się teraz pełna energii i entuzjastycznie nastawiona do życia, własnego męża  i dziecka oraz do siebie? Nie bójcie się, nie zanudzę Was suchym sprawozdaniem z konferencji. Bardziej zależy mi na tym, żeby podzielić się z Wami moimi przeżyciami i tym, co "zabrałam" ze sobą (oprócz stosu książek, na które zostałam "bezczelnie" namówiona). Zatem nie będzie o wszystkim, lecz tylko o tym, co najbardziej zapadło mi w pamięć i serce.

Na początek konferencji był panel ojcowski... Brzmi dziwnie? Być może... szczególnie dla tych, dla których męskość mężczyzny wciąż jeszcze mierzy się brakiem (a raczej ukrywaniem) emocji i przez to brakiem zaangażowania w życie rodziny. Jednak de facto nie ma w tym nic dziwnego, że trzech panów (Kamil Nowak z Blogojciec.pl, Tomek Sadzewicz - trener Family Lab oraz Marcin Perfuński z supertata.tv) publicznie dyskutowało o sobie i swoich doświadczeniach, wewnętrznych przeżyciach i emocjach związanych z byciem tatą. Budujące jest to, że coraz więcej ojców stara się aktywnie brać udział w życiu swoich dzieci i być dla nich nie tylko wyssanym z palca autorytetem, ale przede wszystkim wsparciem. Tatusiowie stają się dla swoich dzieci suberbohaterami na równi z tymi komiksowymi i to niezmiernie cieszy. Najważniejsze, co utkwiło mi w pamięci po tym panelu to:
Rodzicielstwo to rozwój osobisty.
Zastanów się czy to, co robisz, wspiera Twoją relację z dzieckiem.

Tatusiowe wynurzenia (od lewej Marcin Perfuński, Tomasz Sadzewicz i Kamil Nowak)
Trudny (szczególnie dla mnie) temat zarządzania złością podjęła Monika Szczepanik (Świat żyrafy). Nie oszukujmy się - rozbieżność między tym jak rzeczywiście się złoszczę a tym jak bym chciała się złościć, to wciąż ogromna przepaść. Myślę, że nie jestem w tym osamotniona. Wciąż nie umiem odkryć jakie niezaspokojone potrzeby stoją za wybuchami złości. Nie wiem czego chcę, ale doskonale wiem czego nie chcę! Warto pracować nad tym, by w końcu dowiedzieć się czego chcę i jasno to artykułować. Tak na marginesie - Monika była jedną z laureatek tegorocznego Lauru Bliskości.

Monika Szczepanik uczy jak zarządzać złością w porozumieniu bez przemocy.
Laureatki i jurorki Lauru Rodzicielstwa Bliskości 2016
Na koniec pierwszego dnia konferencji był wykład gościa specjalnego, dr Evelin Kirkilionis: Dobre czy złe dzieciństwo? Decydująca rola więzi. Takiej dawki solidnej wiedzy neurobiologicznej już dawno nie miałam. Jestem naukowcem, więc naukowe podstawy rozwoju mózgu i więzi u dziecka są dla mnie jak miód na uszy. Nie zasypując Was szczegółami o hipokampie, epigenetyce, oksytocynie i plastyczności neuronalnej, cały wykład streszczę w jednym zdaniu: inteligencja kształtuje się do drugiego roku życia, a do tego kształtowania niezbędna jest więź.

Chwila naukowej dyskusji z Evelin Kirkilionis...
Drugi dzień konferencji zaczął się dwoma fantastycznymi wykładami. Basia Baranowska bardzo emocjonalnie powiedziała o długim karmieniu piersią. Statystyki, które uzyskała w swoich badaniach naukowych są tak zatrważające, że aby dać upust swoim emocjom z tym związanym, chyba napiszę o tym osobny post. Wykład Justyny Dąbrowskiej dotyczył depresji okołoporodowej. To wciąż temat tabu i niestety niewiele kobiet zgłasza się ze swoim problemem do specjalisty.

dr Basia Baranowska o długim karmieniu piersią
Z rozmowy Agnieszki Stein i Gosi Stańczyk jak zwykle "wyniosłam" mnóstwo wartości i trudno jest mi zebrać je wszystkie w skrócie. Zostawię Was zatem z dwoma zdaniami, które mi mocno zapadły w pamięć:
Gdy zatroszczysz się o siebie, masz przestrzeń, żeby troszczyć się o innych.
Jako nauczyciel, daj uczniowi przestrzeń do rozwoju, a nie gotowe rozwiązania. 

Na koniec Eline Snel z Holandii przedstawiła swój autorski program mindfulness dla dzieci - uważność żabki. Ćwiczenia medytacyjne jak zwykle (jak zwykle, bo dość często zdarza mi się medytować) dały mi wytchnienie i pozwoliły skupić się na swoich odczuciach i emocjach.
You cannot resist the waves, but you can learn to surf. - to najważniejsze dla przesłanie tego uważnościowego wykładu.

Eline Snel tuż przed wykładem...
Oczywiście był też czas na rozmowy kuluarowe, które wniosły w moje życie mnóstwo wartościowych znajomości i przeżyć. Ale o tym już głośno mówić nie będę.

Dziękuję organizatorom za dwa dni ładowania akumulatorów i do zobaczenia w przyszłym roku!


Ps. Wybaczcie jakość zdjęć. Wszystkie są robione telefonem komórkowym. Po prostu, ważniejsze było dla mnie czerpanie z treści wykładów, niż uwiecznianie ich na zdjęciach, więc przezornie aparat pozostał spokojnie w szufladzie w domu :)

piątek, 14 października 2016

Kim jest dobry nauczyciel?

Dziś Dzień Nauczyciela, a dokładniej Dzień Edukacji Narodowej, zatem warto wspomnieć o tym kim jest dobry nauczyciel. O samej edukacji w naszym kraju nie będę teraz nawet wspominała, bo to dla mnie temat dość drażliwy, ale zapewne i o tym tutaj kiedyś poczytacie... Natomiast pytanie zadane w tytule jest o tyle trudne, że dla każdego określenie dobry nauczyciel będzie znaczyło coś innego. Niemniej, jest kilka spraw, które obligatoryjnie kreują dobrego nauczyciela.

W swoim życiu spotkałam się (i nadal się spotykam) z wieloma różnymi nauczycielami: w szkołach, w których się uczyłam, na studiach, w pracy, na różnych warsztatach i szkoleniach i muszę z całą stanowczością stwierdzić, że bycie nauczycielem jest niezmiernie trudne. Podkreślam słowo bycie... Bo według mnie tak naprawdę nauczycieli można podzielić na dwie grupy: tych, którzy SĄ Nauczycielami (przez wielkie N) i tych, którzy pracują jako nauczyciele.

Jak odróżnić jednych od drugich? Ci, którzy są Nauczycielami, potrafią prowadzić swoich uczniów albo bardziej, wskazywać właściwą drogę, wzbudzać w nich pasję i zaangażowanie, dając im jednocześnie poczucie bezpieczeństwa. Nauczanie kogoś to proces twórczy, którego muszą chcieć obie strony. Nie da się nikogo nauczyć czegoś, czego on nie chce... Ale z drugiej strony, bez rozbudzenia ciekawości otaczającego świata i samego siebie, uczniom nie będzie chciało się chcieć. Człowiek jest z natury leniwy (są to uwarunkowania ewolucyjne, bo po co tracić cenną energię na coś, co nie przyniesie wymiernych korzyści), więc jeśli czegoś nie musi, to nie zrobi. I nie mówię tu o przymusie uczenia się... Wiadomo, że w Polsce jest obowiązek edukacyjny, więc dziecko "musi" chodzić do szkoły, ale... nikt go już nie może zmusić, żeby się nauczyło. Musi samo tego chcieć, czyli... musi mieć taki swój, wewnętrzny "przymus", a raczej potrzebę nauczenia się. Tak samo jest z dorosłymi - uczymy się tylko wtedy, gdy czujemy taką potrzebę. I właśnie w tym obszarze działają Nauczyciele. Rozbudzają w uczniach potrzebę zgłębiania wiedzy, a proces uczenia się pokazują jako ciekawą przygodę, która będzie procentować w przyszłości. Wtedy stawianie wygórowanych wymagań, przygotowywanie najtrudniejszych testów ewaluacyjnych i surowe ocenianie nie jest w ogóle potrzebne. Uczeń nauczy się, bo tego chce i nie będzie miała znaczenia ocena wystawiona w dzienniku albo będzie tylko dodatkowym bonusem to tego, co osiągnął dzięki nauce.

Niestety wielu nauczycieli, tylko pracuje, jako nauczyciele. Wymagają od uczniów wiedzy, której od nich ktoś kiedyś też wymagał, realizują program i oceniają, nie wkładając w swoją pracę ani odrobiny pasji. Wychodzą założenia, że uczeń musi znać daną partię materiału, a co z nią zrobi po sprawdzianie, nie ma dla nich znaczenia. Uczeń ma się przygotować do zdania testu, sprawdzianu, klasówki, kolokwium czy egzaminu i ma go zdać jak najlepiej (bo po tym ocenia się nauczyciela), a nauczyciel jest od tego, żeby ocenić poziom tego przygotowania. I tyle... Jakież to krótkowzroczne... Przecież zarówno Nauczyciel, jak i nauczyciel są oceniani jednakowo. A wierzcie mi, że działania Nauczyciela są znacznie bardziej skuteczne. Poza tym, czy działanie nauczyciela rzeczywiście jest etyczne? Na to pytanie w tej chwili nawet nie będę próbowała odpowiadać...

Podsumowując, bycie Nauczycielem jest niezwykle trudnym zadaniem, wymagającym chęci, pasji, zaangażowania i rzeczywistej miłości do swoich uczniów. Bo żeby wzniecić ogień, trzeba go mieć w sobie...

Wszystkiego najlepszego z okazji Dnia Nauczyciela.


W Dniu Nauczyciela, życzę wszystkim nauczającym kogokolwiek i czegokolwiek (również sobie), abyśmy byli Nauczycielami przez wielkie N. Abyśmy rozpalali zamiast gasić, kształtowali zamiast oceniać, zachęcali zamiast wymagać... A w samych wymaganiach kierowali się najpierw słowami Św. Jana Pawła II:

Musicie od siebie wymagać nawet gdyby inni od Was nie wymagali.

czwartek, 7 maja 2015

Majówka z jogą

Czym jest joga? Odpowiedź na to pytanie jest z jednej strony bardzo prosta. Wystarczy zajrzeć do wikipedii, żeby znaleźć bardzo obszerną informację. Z drugiej jednak strony, joga jest pojęciem na tyle szerokim, że w jednym zdaniu trudno wyjaśnić czym jest. Nie jestem fachowcem w tej dziedzinie, więc nawet nie będę próbowała przedstawiać oficjalnego wyjaśnienia pojęcia. Mogę jedynie powiedzieć czym dla mnie jest joga. Niektórzy twierdzą, że to religia. Nic podobnego! Joga jest drogą, filozofią, która pozwala łączyć świat cielesny z duchowym, pozwala rozwijać się holistycznie, ale absolutnie nie jest religią. Najlepszym przykładem jest katolicki ksiądz Joseph Pereira, który jest jednocześnie nauczycielem jogi. Z powodzeniem łączy służbę Bogu i Kościołowi z praktykowaniem jogi, a jego motto w praktyce jogi brzmi „Łaska realizuje się w ciele”. Zatem joga to nie religia czy sekta. Joga otwiera, a nie zamyka. Otwiera na świat, na ludzi, na życie i na siebie samego. Podstawowym „przykazaniem” w filozofii jogi jest nie krzywdzenie innych, ale i siebie. Przez praktykę asan (czyli pozycji jogi), pranajamę (ćwiczenia oddechowe) oraz medytację, można rozwijać swoją wrażliwość na świat wewnętrzny i zewnętrzny. I tym właśnie dla mnie jest joga. Rozwijaniem siebie… Dzięki niej lepiej się czuję w moim własnym ciele, zarówno od strony fizycznej, jak i psychicznej czy duchowej.

No dobra, nie jestem taką joginką „z prawdziwego zdarzenia”, bo nie praktykuję codziennie (wykręcam się zazwyczaj brakiem czasu, ale prawda jest taka, że mi się nie zawsze chce), a regularność mojej praktyki ogranicza się do cotygodniowych (ostatnio) zajęć grupowych z moją ukochaną nauczycielką jogi, Moniką. Ale powiem Wam w sekrecie, że gdy zrobiłam sobie 3-miesięczną przerwę w praktyce, to… czegoś mi brakowało… Moje gnaty nagle zaczęły trzeszczeć, gdy rano wstawałam z łóżka, kręgosłup zaczynał boleć przy dłuższym staniu, czy noszeniu Dziubdziuba (a ona już nie jest lekka… 12 kg, to już jest całkiem spory ciężar do noszenia na rękach), a psychicznie zaczynało mnie „nosić” (i lepiej tego nie ujmę, bo nie znam lepszego określenia). I dzięki temu wiem, jak ważna jest dla mnie, nawet średnio regularna, praktyka. Joga daje mi coś więcej niż dawkę ruchu (co przy moim temperamencie jest to oczywiście niezbędne). Joga daje mi równowagę i pomaga z dystansem spojrzeć na siebie i na to, co się dzieje w moim życiu. Daje mi też cudowne znajomości, bo jogini, to z reguły ludzie otwarci, przyjaźni i bardzo sympatyczni, a przebywanie w ich towarzystwie ubogaca i uprzyjemnia codzienność.

Okazało się, że joga jest dla mnie też świetnym sposobem spędzania wolnego czasu. Obok nurkowania (mojej pierwszej i wielkiej miłości), jest czymś, co daje mi wytchnienie od codzienności, możliwość zatrzymania się i pobycia ze sobą. I między innymi dlatego majowy weekend spędziłam z rodzinką na warsztatach jogi w Galinach, prowadzonych właśnie przez Monikę. I choć był to wyjazd rodzinny, to z rodzinką spędziłam niewiele czasu. Przez sześć godzin dziennie wykręcałam swoje ciało w każdą możliwą stronę na macie do jogi, a reszta rodzinki zajmowała się sobą. Na szczęście miejsce, gdzie odbywał się warsztat, czyli Pałac i Folwark Galiny, jest bardzo przyjazne dzieciom. Dlatego każdy z nas mógł znaleźć coś dla siebie. Ja w ciągu tych czterech dni znalazłam czas tylko dla siebie (wieczorami, gdy mała spała, udało mi się nawet poczytać i podziergać bransoletkę z koralików). Zaś Dziubdziub z Panem Tatą znaleźli tysiące możliwości zabaw w specjalnie przygotowanym pokoju dla dzieciaków, w stajni, na Farmie Zwierząt Miniaturowych i na placu zabaw. Dziubdziub była wniebowzięta mogąc głaskać i przytulać konie, osiołki, kucyki czy kozy. I mimo, że ona taka malutka, a konie taaakie duże, wcale nie czuła przed nimi strachu. Wręcz przeciwnie, im bardziej skubały ją w głowę, tym więcej było frajdy. Trzeba przyznać, że odwagi jej nie brakuje…

Folwark w pełnej krasie.
W pokoju zabaw dla dzieci.
Chwila wypoczynku podczas spaceru.
W magnoliach...
W forsycjach...
Farma Zwierząt Miniaturowych.
O! Koza!!
Osiołku, chcesz spróbować mojego kwiatka na czapce?
Kocham konie!
I wcale się ich nie boję.
Szaleństwa na trawie.
Mówiąc krótko… wypoczęłam… Może nie fizycznie, bo po powrocie bolał mnie każdy mięsień („mały palec też chce ćwiczyć jogę”, jak mawia Monika, więc mój zacięcie ją ćwiczył…). Ta majówka z jogą doładowała moje akumulatorki i dała siłę do powrotu do codzienności. No lubię jogować… Bardzo!

A Wy jakie macie doświadczenia z jogą? A jeśli nie praktykujecie jogi, to czy uprawiacie jakieś inne formy ruchu? Lubicie aktywnie spędzać czas?

środa, 15 kwietnia 2015

Polska Mekka płetwonurków...



Jezioro Hańcza… Miejsce wyjątkowe. Chyba każdy pamięta z podręcznika do geografii, że to najgłębsze jezioro w Polsce. Według oficjalnych źródeł jego głębokość sięga 108,5 m, choć są też źródła, które podają 112 m (niezbyt potwierdzone dane, więc pozostańmy przy tych stu ośmiu metrach). Co jest wyjątkowego w tym jeziorze? Nie jestem geologiem, botanikiem, krajoznawcą ani limnologiem, więc nie bierzcie tego, co tu napiszę, jako rozprawy naukowej. Jest to bardziej opis miejsca, które jest dla mnie ważne i które uwielbiam. 

Zachód słońca nad Hańczą...
Jezioro Hańcza (nie mylić z Czarną Hańczą, która jest rzeką przepływającą przez jezioro) jest polodowcowym zbiornikiem rynnowym, o całkiem sporej powierzchni, bo ponad 300 ha, położonym na Pojezierzu Wschodniosuwalskim (dla tych mniej wtajemniczonych geograficznie – leży na  polskim biegunie zimna). W całości jest objęte ochroną jako rezerwat przyrody Jezioro Hańcza. Przez limnologów (czyli specjalistów od jezior), Hańcza zaliczana jest do jezior oligotroficznych lub oligo-mezotroficznych. Wiem, brzmi to jak chińszczyzna… W wielkim skrócie, chodzi o to, że wody jeziora nie są zbyt żyzne i dzięki temu przejrzystość wody jest oszałamiająca, sięgająca podobno 12 m. No dobra, może nie jest taka jak w Morzu Czerwonym, ale i tak znacznie większa niż w większości jezior w Polsce. Niski trofizm sprawia też, że w wodach Hańczy można spotkać znacznie mniej roślin i zwierząt, choć one oczywiście są: różne gatunki ramienic (to taka roślinka tworząca pod wodą zielone łany), raki pręgowate (niestety wszędzie ich pełno) czy miętusy pospolite (rybki lubiące ciemne, zimne wody). Nie mogę nie wspomnieć o jeszcze jednej atrakcji podwodnej (oczywiście oprócz głębokości i przejrzystości), jaką jest ukształtowanie dna, które sprawia wrażenie podwodnych gór. Można tam spotkać różnej wielkości i „umaszczenia” głazy narzutowe (w końcu kiedyś to była morena czołowa lodowca, więc zostawiła po sobie pozostałości) oraz pionowe ścianki iłowe sięgające kilkunastu metrów wysokości (lub jak kto woli głębokości).

I o co tyle krzyku? No właśnie o to, co można zobaczyć pod wodą. Dlatego od wielu lat jezioro Hańcza jest uznawana za Mekkę nurków. Co roku setki nurków zjeżdżają nad Hańczę z różnych zakątków Polski i nie tylko, żeby zanurzyć się w jej tajemniczych i pięknych głębinach. Moja miłość do tego jeziora nie jest zatem odosobniona. Ale jest to też miłość odwzajemniona, bo Hańcza daje pod wodą takie wrażenia, jakich nie doświadczy się nigdzie indziej.

Ostatni weekend poświęciłam właśnie tej mojej miłości, czyli nurkowaniu w Hańczy. Z fantastyczną ekipą Skorpeniarzy wyruszyliśmy w piątek wieczorem na kolejny podbój głębin. W sobotę po późnych śniadaniu (wieczór przy gitarze do 4 rano sprawił, że poranek nieco nam się opóźnił), z moimi cudownymi dwoma partnurami, Tomkiem i Krzysiem, wybraliśmy się na pierwsze nurkowanie. Pogoda dopisywała nam nadzwyczajnie – słońce, lekki wiaterek i temperatura iście letnia. Plan nurkowy był prosty: najpierw dłubanki (baaardzo stare łódki, każda  wydrążona w pniu jednego drzewa, od wieków spoczywające na głębokości około 36 m), a później ścianka… Jak to z planami bywa, ten też nie do końca został zrealizowany. Nie dość, że schodziłam pod wodę w innej masce niż zamierzałam (bo tamta zaczęła parować i nic przez nią nie widziałam) i z „bąblującym” automatem (oj tam, tylko troszkę się zanieczyścił i przepuszczał powietrze), to jeszcze dłubanek nie znaleźliśmy, a na ściance dopadł mnie… wielki ból głowy. Jak się później okazało Krzyś też miał pod wodą jakieś problemy natury, określmy to, patofizjologicznej… No i zmarzłam w tej wodzie jak nigdy – było spore ryzyko przegryzienia ustnika automatu przez szczękające o siebie zęby, ale na szczęście został oszczędzony. Mimo tych drobnych niedogodności, cała trójka wyszła z wody zadowolona.
Tego dnia było w planie jeszcze jedno nurkowanie, ale jak to z planami bywa… po obiedzie pojechaliśmy na zakupy (w poszukiwaniu czegoś na grilla) i przy okazji wdrapaliśmy się na punkt widokowy w Turtulu, skąd widać stary młyn i Czarną Hańczę. Wieczór spędziliśmy opychając się kiełbaskami z grilla (w końcu weszliśmy przecież na ten punkt widokowy, a to prawie jak wyprawa w góry, więc trzeba było uzupełnić utracone kalorie), popijając drinki i śpiewając do dźwięków gitary (Krzysiu, jesteś niezastąpionym gitarzystą!).

Staw nad Czarną Hańczą w Turtulu.
Moje kochane partnurki :)
No to może wspólna fotka?
Pora na kolację...
Najskuteczniejszy sposób rozpalania grilla...
Niedziela i kolejne nurkowanie. Tym razem pogoda była… huraganowa. Wiało jakbyśmy znaleźli się w samym sercu cyklonu, a tafla jeziora zmieniła się niemal w morskie odmęty z bałwanami fal. Nie, nie… Wcale nas to nie odstraszyło od nurkowania. Zapakowaliśmy się w sprzęt i daliśmy nura kierując się na „ściankę bombową”. Nazywa się tak nie dlatego, że taka fajna (choć to też), ale dlatego, że na szczycie jest wielka łuska po naboju (o kaliber, rodzaj i inne tego typu szczegóły pytajcie Tomka – ja się na tym nie znam…). To było moje najbardziej ekstremalne nurkowanie w Polskich wodach. Mówiąc żargonem nurkowym – „zrobiłam cyfrę”, czyli było to najgłębsze moje nurkowanie w dotychczasowej karierze nurkowej (nie licząc głębszego w wodach w Chrowacji, ale tego nie można porównywać). Nie wiem czy powinnam się chwalić, ale co tam… Zeszliśmy na głębokość… 45,8 m! To było niezapomniane wrażenie. Ciemno, cicho, poświata latarek i tylko ja i mój sprzęt no i partnurki po prawej i po lewej stronie. BAJECZNIE…! 

Morskie fale na Hańczy...
Skręcamy sprzęt.
No dobra, w ocieplaczu nie wygląda się zbyt kobieco...


I po nurkowaniu... Czas spakować manatki i do domu!


Co nas, nurków, przyciąga do Hańczy? Jej przejrzystość, głębia i wciąż nieodkryte tajemnice. Traktujemy ją jak świątynię, dbając o każdy kamień na jej dnie. Nurkowanie w jej wodach jest zawsze wielką przygodą… A dla mnie osobiście jest wciąż nowym, ekscytującym doświadczeniem. Choć byłam tam już wiele razy, chętnie wracam znów i znów. Nad Hańczą telefony tracą zasięg, nocą można oglądać na niebie miliony gwiazd i drogę mleczną, ukształtowanie terenu wokół jeziora daje namiastkę gór, w których można spotkać wzbijającego się do lotu orła… A pod wodą ścianki, jak w górach, kilkutonowe głazy i miętusy zaglądające przez maskę prosto w oczy. Czegóż chcieć więcej…

czwartek, 19 marca 2015

Ucz się języków miły chłopczyku (i dziewczynko...)

Lubię się uczyć... Wiem, jak to brzmi. Szczególnie w uszach uczniów i studentów. Kiedyś też popukałabym się w głowę, gdybym usłyszała od kogoś takie stwierdzenie. Ale wierzcie mi, że zdolność powiedzenia takich słów przychodzi z czasem i... wcale nie świadczy o tym, że się starzejemy. Na szczęście sposób myślenia zmienia się wraz z wiekiem (aż się boje pomyśleć, co mi przyjdzie do głowy, gdy będę miała siedemdziesiątkę na karku...) i dlatego teraz śmiało mogę powtórzyć, że lubię się uczyć...

Po pierwsze, mam taką pracę, która zmusza mnie do ciągłej nauki. A po drugie, fascynuje mnie poznawanie nowości, zgłębianie tajemnic, odkrywanie moich możliwości. To ważne nie tylko w pracy, ale również w życiu codziennym. Zatem wciąż się uczę wielu rzeczy: jak być mamą, jak rozwija się dziecko, jak patrzeć na świat oczami dziecka i cieszyć się z drobnych rzeczy. Uczę się nurkować. Tak, tak! Mimo, że nurkuję od ponad 6 lat, to ciągle się tego uczę i doskonalę swoje umiejętności. Na wiosnę, na przykład planuję zrobić w końcu kurs Advance Nitrox, który daje mi nowe umiejętności i pozwala na dłuższą eksplorację podwodnego świata (mówię o tym, by się dodatkowo zmobilizować do podjęcia tego wyzwania). Uczę się nowych robótek ręcznych (ostatnie moje osiągnięcie to bransoletki koralikowe na szydełku - przygotowuje się post na ten temat) i robienia różnych drobiazgów użytkowych samodzielnie - takie DIY w moim wydaniu.

Ostatnio natomiast "na tapecie" jest spełnienie mojego małego marzenia, czyli nauka języka włoskiego. Włochy są dla mnie krajem magicznym. Tysiące zabytków, skrywających tajemnice wielu wieków historii, ciepłe morze, wysokie, ośnieżone góry, winnice, prawdziwa pizza i pyszne, mocne espresso, sprawiają, że jest to kraj, który mnie przyciąga, jak magnes i do którego chętnie wracam. Z tego powodu zawsze chciałam nauczyć się mówić w języku papieży, Dantego czy Umberto Eco. Niestety dotąd brakowało mi na to kasy i czasu. Na szczęście jednak znalazłam w końcu rozwiązanie tej bolączki - uczę się kiedy chcę i całkowicie za darmo, dzięki stronie do nauki języków DUOLINGO.COM. Wystarczy zarejestrować się i... zabrać do pracy...


Do wyboru jest wiele języków, jednak po polsku strona umożliwia tylko naukę języka angielskiego na różnych poziomach. Żeby wybrać odpowiedni dla siebie poziom, wystarczy wykonać test. Natomiast jeśli znajomość języka angielskiego oscyluje na poziomie średniozaawansowanym, można, tak jak ja, pokusić się o naukę innego języka. A do wyboru jest ich całkiem sporo:
  • hiszpański
  • francuski
  • niemiecki
  • włoski
  • portugalski
  • duński
  • irlandzki
  • szwedzki
  • holenderski
  • turecki
  • ukraiński
  • węgierski
  • esperanto
  • norweski
  • rosyjski
  • rumuński
  • polski
  • wietnamski
Uff!! Chyba wymieniłam wszystkie. Ale kombinacji językowych jest znacznie więcej. Można uczyć się niemieckiego po hiszpańsku lub francuskiego po chińsku. Dla każdego coś dobrego...

Każda lekcja przygotowana jest w sposób interaktywny i pozwala na uczenie się nie tylko słówek, gramatyki i pisowni, ale również wymowy i rozumienia języka (jeśli mamy do dyspozycji słuchawki z mikrofonem). Lekcje powtórzeniowe pozwalają na łatwe zapamiętanie i utrwalenie wcześniej nauczonego materiału, zaś nauka słówek wspomagana jest zestawem fiszek, powiększającym się z każdą kolejną lekcją.
Dla tych, którzy potrzebują większej motywacji do pracy, przygotowany jest specjalny program. Można określić liczbę punktów uzyskiwanych podczas lekcji, która będzie stanowiła dzienny cel. Po osiągnięciu tego celu zdobywa się dodatkowe korzyści w postaci diamencików (lingots - wolne tłumaczenie...). One z kolei pozwalają na zakupienie w wirtualnym sklepie bonusów językowych - quizów, zestawów idiomów itp..
Można również zasięgnąć porady lub skonsultować się z ekspertem językowym lub innymi uczestnikami kursu, lub też po prostu porozmawiać w języku, którego się uczymy. Dla bardziej zaawansowanych dostępne są artykuły prasowe i różne teksty do samodzielnego tłumaczenia.

Program duolingo.com daje naprawdę szerokie możliwości nauki języka we własnym tempie i całkowicie za darmo. Wystarczy tylko odrobina chęci, żeby zacząć mówić w nowym języku.

A Wy w jakim języku, oprócz oczywiście ojczystego, mówicie lub chcielibyście mówić? Podzielcie się Waszymi umiejętnościami. Może w ten sposób sami zmotywujecie się do doskonalenia swoich zdolności językowych lub zmotywujecie innych do podjęcia wyzwania i nauki nowego języka.

CIAO!

poniedziałek, 23 lutego 2015

Skorpena pod... lodem.


Lód miał około 25-30 cm

Lubicie lody? O co ja w ogóle pytam? Przecież to prawie pytanie retoryczne! Zatem zapytam inaczej: Lubicie lód? Eeee… konsternacja… I cóż odpowiedzieć na takie pytanie? Ja odpowiem bez wahania, że uwielbiam. Szczególnie wtedy, gdy pokrywa on grubą warstwą taflę jeziora. Tak grubą, że można na niego wejść bez obaw przed niekontrolowanym wpadnięciem do wody, które mogłoby się skończyć dramatycznie. Taki lód dla mnie i dla większości płetwonurków to obietnica niesamowitej przygody. Wystarczy tylko wyciąć w nim spory przerębel w kształcie trójkąta (wierzcie mi, że ten kształt jest bardzo ważny!), zanurzyć się w lodowato zimnej wodzie jeziora i podziwiać inny świat. Niektórych przeraża i odstrasza świadomość „lodowego dachu”  nad głową i temperatura wody, ale to właśnie one są warunkiem odmienności nurkowań podlodowych.

Pełne zanurzenie
Ten weekend minął właśnie pod znakiem nurkowania podlodowego. W sobotni poranek, AKP Skorpena zapakowała manatki (dużo, bardzo dużo manatków…) i wyruszyła nad jezioro Łęsk (popularnie zwanego Kulką) do bazy nurkowej Nemo. Tam przeżyliśmy świetną przygodę pod lodem. Kilku śmiałków zasmakowało nurkowania podlodowego po raz pierwszy w życiu i przeszło „morderczy” kurs, żeby otrzymać certyfikat uprawniający do schodzenia pod lód. Musieli nauczyć się, jak wycinać przerębel – kształt trójkąta znacznie ułatwia wyjście z wody na lód w pełnym sprzęcie, jak przygotowywać liny asekuracyjne, jak wkręcać śruby lodowe w lód po obu stronach jego tafli (Próbowaliście coś kiedyś wkręcać będąc zawieszonym w wodzie i mając nad głową śliski sufit, który nijak nie chce pozwolić na dziurawienie go? To naprawdę nie jest łatwe – wiem coś o tym…) i jak sobie radzić pod wodą będąc na smyczy, która jest jedynym sposobem komunikacji z osobą asekurującą z powierzchni. Taki kurs, to nie lada wyczyn, więc gratuluję wszystkim, którzy się go podjęli i ukończyli. Jednak dla większości z nas nurkowanie pod lodem było kolejnym doświadczeniem z „tych fajnych”.


Transport sprzętu nad przerębel wcale nie był łatwy
Wkręcam sobie...
Olinowany instruktor :)
Pierwsze podlodowe zanurzenie Ewy - pełne strachu...
No to wychodzimy. 
Wcale nie jestem waleniem!
Kolejni śmiałkowie szykują się pod wodę.
RAZEM!!
No dobra, musiałam im troszkę pomóc ;)
Samo jezioro Łęsk jest akwenem bardzo atrakcyjnym dla płetwonurków. Jest typowym jeziorem polodowcowym i, podobnie jak jezioro Hańcza (to najgłębsze w Polsce), ma bardzo charakterystyczne ukształtowanie dna. Jako jezioro rynnowe, tworzy pod wodą strome zbocza, a w niektórych miejscach, ścianki iłowe (jeśli się mylę, poprawcie mnie – nie jestem geologiem…) o bardzo ciekawej architekturze, dającej schronienie rybom. To właśnie przy takiej ściance odbyło się moje sobotnie nurkowanie. Razem z moim ulubionym Partnurem (w wolnym tłumaczeniu Partner nurkowy) podłączyliśmy się do liny mającej podobno długość 300 m – tak przynajmniej twierdzili jej właściciele, zanurzyliśmy się w zimną toń i odwiedziliśmy miejsce, które wcześniej widzieliśmy latem. Wyglądało identycznie jak zwykle, ale specyfika samego nurkowania sprawiła, że… było inaczej. 

Skute lodem jezioro Łęsk
Z moim Partnurem :)
Po nurkowaniach był wspólny obiad, a wieczorem ognisko z kiełbaskami, gitarą i śpiewami, moczenie się w gorącej balii ogrodowej i kąpiel w przeręblu (tym razem zrobionym tuż przy brzegu). Rano po śniadaniu, część z nas zdecydowała się na kolejne nurkowanie. Przyznam się bez bicia, że mnie tym razem dopadło lenistwo i zostałam na lodzie (nie w tym negatywnym znaczeniu…) asekurując i bawiąc się w fotografa.

Ciepło...
...zimno!
Ciepło...
...zimno!
To był bardzo intensywny, męczący, ale fantastyczny weekend, co w braci skorpenowej jest czymś absolutnie naturalnym. To kiedy kolejny wyjazd nurkowy???